Wycieczka do Maroka (07-13.09.2006)

Zwiedzając kiedyś Gibraltar, widzieliśmy po drugiej stronie cieśniny brzeg marokański. Tym razem odwiedzamy już samo Maroko. Lądujemy w środku nocy na lotnisku w Marrakeszu, 1-milionowym mieście, leżącym mniej więcej w środku kraju (z odchyleniem na północ). Samo Maroko jest rozciągnięte na północno-zachodnim brzegu Afryki, dochodząc do Morza Śródziemnego i Oceanu Atlantyckiego.
 Zakwaterowujemy się w hotelu, trochę śpimy, spożywamy śniadanie, podjeżdżamy do centrum miasta i zaczynamy je zwiedzać. Powstało w XI w. jako forteca wojskowa. Najważniejszym obiektem, który ogląda się jednak tylko z zewnątrz, jest meczet Kotubijja (w tłumaczeniu: księgarzy), z początku XII w.

Widzimy wysoką, kwadratową wieżę, na której szczycie dobudowana jest cieńsza, też kwadratowa, niska wieżyczka, pełniąca funkcję minaretu. Jest ona zakończona iglicą z czterema (wyjątkowo, gdyż zwykle są 3) kulami. Okazało się potem, że inne meczety w Maroku mają taką samą formę, a różnią się tylko rozmiarami i zdobieniami. Obchodzimy go z trzech stron. Zajmuje teren dużo większy niż wieża. Z jednej strony widzimy pozostałości wielu ceglanych słupów wspierających niegdyś zadaszone podwórze handlowe. Są też niskie, długie budynki przylegające do wieży. Jej zdobienia nie są liczne i koncentrują się wokół okien. Powtarza się motyw kształtu dziurki od klucza w otworach okiennych. W górnej części wieży pojawiają się dość głębokie rzeźbienia w postaci wzorków oraz niebieskie wzorki, przypuszczalnie mozaiki. Ten typ zdobień będzie się powtarzał w innych meczetach.

Idziemy dalej i wychodzimy na olbrzymi, otoczony niską zabudową i wyłożony trójkątnymi, granitowymi płytami główny plac Dżami al-Fana. Zaczyna się zapach spalin, gdyż nawet przez niego przejeżdżają samochody i motocykle. Po bokach widać trochę straganów. Można tu też wymienić walutę. Marokańska nazywa się dirham i jest warta ok. 1/10 euro. Przy płatnościach preferują gotówkę, w dirhamach lub w euro. Płatność kartą też jest możliwa, szczególnie w dużych placówkach.
Po pewnym czasie wchodzimy w starą część miasta, medinę. W praktyce jest to wielkie targowisko (suk), podobne do analogicznych w innych krajach. Szereg rozgałęzionych uliczek to miejsce na wystawianie towarów, a zabudowania to miejsca sprzedaży i magazynowania. Uliczki są dość wąskie, co pozwala na ich zadaszenie. U góry na konstrukcji metalowej czynią to przezroczyste płyty z tworzywa sztucznego, a trochę niżej położono ozdobne, ażurowe konstrukcje drewniane. Wzdłuż ulicy domy są ze sobą połączone, tworząc zwartą ścianę. Asortyment towarów jest, jak zwykle, rozmaity i wszechstronny. Zamiast pytać: co tam jest, lepiej byłoby zapytać: czego tam nie ma? Przez tłum ludzi przedzierają się rowery, a nawet pozostawiające spaliny motocykle.
Z ciekawszych towarów warto wymienić skóry, zarówno w postaci wyrobów, jak i surowe. Widać nawet małe hałdy skór. Rzemieślnicy na miejscu także produkują towary i sprzedają je. Są też wyroby z drewna i bambusu.
Wchodzimy na kwadratowe podwórze niegdysiejszego hotelu dla karawan. Balkony i poddasze są tam wyłożone drewnem cedrowym, bardzo trwałym. Odwiedzamy też dawny hammam, czyli łaźnię przeznaczoną do mycia po zanieczyszczeniu ciała pyłem z burz piaskowych, zawierającym glinę. Wąskie pomieszczenia schodzą tam w dół, gdzie działa zasilany trocinami piec do grzania wody. Całość przypomina piwnicę.
Skręcamy w zaułek szamanów. Są tam sklepy z różnymi wyrobami paramedycznymi. Wchodzimy do apteki berberyjskiej, na pokaz wyrobów, który trwał 2 godziny. Omawiający je tamtejszy pracownik miał doskonałe przygotowanie marketingowe, a średnia znajomość języka polskiego okazała się nawet zaletą, toteż utarg okazał się dobry, pomimo że tego rodzaju wyroby mają dyskusyjną skuteczność, z wyjątkiem przypraw. Dostaliśmy tam też poczęstunek w postaci herbatki owocowej.
Wracamy na główny plac, teraz już pokryty straganami. Następuje czas wolny, po którym jedziemy na drobne zakupy do Carrefoura, a potem - by zwiedzić dzielnicę żydowską. Tamtejsze stare miasto jest podobne do centrum Marrakeszu. Żydów już tu prawie nie ma, jest żydowska historycznie.
Spotykamy tam dwa pałace i synagogę. Na koniec przechodzimy obok jednego z licznych w kraju pałaców królewskich.
Został nam ostatni tego dnia punkt programu: ogrody miejskie, z XII w. W zasadzie pozostają one z boku, a my idziemy bardzo szeroką aleją, aż do XIX-wiecznego pawilonu, gdzie zaczyna się akwen. Został on zbudowany wraz z całym kompleksem i ma postać omurowanego, dużego, prostokątnego zbiornika. Mieliśmy zamiar obejść go dookoła, ale po połowie musieliśmy zawrócić, gdyż przejście było zamknięte. Ostatecznie wracamy do autobusu i potem do hotelu.

 

Powrót do Wydarzenia 2026 II półrocze