Kolejnego dnia, w sobotę, jedziemy do odległego o ok. 15 km, na północny wschód, Supraśla. Jest to małe miasteczko o zabudowie wiejskiej czy też przedmieściowej. Idziemy główną ulicą, 3 Maja, gdzie widzimy po obu stronach rzędy historycznych domów tkaczy, obecnie normalnie zamieszkałych.
Przemysłowiec ze Zgierza, Wilhelm Zachert, wobec wizji bankructwa, postanowił przenieść biznes w bardziej sprzyjające obszary, potrzebował jednak przemieścić też robotników. W związku z tym od 1834 roku zaczął budować dla nich drewniane domy. Miały one typową, prostą budowę, z drzwiami wychodzącymi wprost na ulicę. Nie były małe i musiały mieć dobrą jakość, skoro przetrwały do dziś (wprawdzie z pewnymi zmianami np. dachówki zamiast gontu). Mieściły także warsztaty tkackie.
Posuwając się dalej, dochodzimy do bardziej reprezentacyjnego domu innego przedsiębiorcy, do pałacu Buchholtzów, z przełomu XIX i XX w. Nie jest to bardzo duży obiekt; powstał w wyniku przebudowy zwykłej, jednopiętrowej kamienicy. Liczne zdobienia z wykorzystaniem rozmaitych stylów nadały mu typowo eklektyczny, całkiem przyjemny dla oka wygląd. Obecnie mieści się tam Państwowe Liceum Sztuk Plastycznych.
Nasz dalszy spacer przebiega bulwarem nad rzeką Supraśl (i jej rozlewiskiem). Widzimy tu małą plażę i kajaki przygotowane do spływów. Jest też kryty drewniany most, a w oddali widać klasztor. Nie jest do niego zbyt daleko i po pewnym czasie wchodzimy schodami (leży na wzgórku) pod jego zabudowania.
Od naszej strony mamy najpierw muzeum ikon i tam właśnie wchodzimy. Zwiedzanie przebiegło stosunkowo szybko, gdyż ikony są - jak wiadomo - bardzo do siebie podobne, a nie było przewodnika. W muzeum są także freski oraz mała salka im. Jerzego Nowosielskiego. Forma prezentacji jest ciekawa: obrazy umieszczono w korytarzach na kilku kondygnacjach, z lekkim oświetleniem.
Przed budynkiem, po drugiej stronie drogi, znajduje się historyczny krzyż, który podobno wyznaczył miejsce wybudowania klasztoru. Puszczono go rzeką, a
miejsce zatrzymania miało wskazać usytuowanie budowli. Było to zakole rzeki.
Okrążyliśmy zabudowania, kierując się do głównej bramy ((budynku bramnego) klasztoru Męskiego Zwiastowania Najświętszej Marii Panny. Wewnątrz spotykamy kompleks zabudowań z dominującym, monumentalnym budynkiem świątyni (cerkwi). Z wyglądu przypomina ona zamek w stylu renesansowym, zbudowana jest z czerwonej cegły, w górnej części biała, z ciemnymi wieżami i kopułami. Byliśmy oprowadzani przez młodego zakonnika. Jego przemowa miała głównie charakter kazania, z dość małą ilością faktów. Wnętrze świątyni, z typowymi łukami, jest mocno zdobione. Całość ścian jest pokryta freskami o tematyce religijnej lub ozdobnymi wzorami. W części bliższej wejścia widzimy sceny z Apokalipsy, w ujęciu dość dosłownym (co kontrastuje z katolicyzmem, gdzie preferuje się przenośnie).
Drugi z głównych obiektów, cerkiew św. Jana Teologa, nie jest samodzielnym ani wysokim budynkiem. Ma czterospadowy dach i malutkie wieżyczki nad lekkimi pseudoportalami. Wewnątrz zdobienia także są intensywne. Przy niewielkich rozmiarach wnętrza dominuje bogato zdobiony ikonostas (przegroda przedołtarzowa). Naprzeciwko niego mamy balkon.
Po opuszczeniu klasztoru jedziemy dalej na północny wschód, drogą 676, a naszym celem jest Silvarium, ścieżka przyrodnicza ("leśny ogród") w rejonie wsi Poczopek, w Puszczy Knyszyńskiej, 34 km od Białegostoku. Ciekawostką są tu zebrane z okolic głazy narzutowe umieszczone na jednej łące, co jest podobno inspirowane przez Stonehenge, tyle że w dużo mniejszej skali. Są też stawy, w których żyją żaby i ropuchy, co pokazuje stosowna plansza.
I jest spory pomnik żaby. W dalszej części mamy klatki z uratowanymi po wypadkach ptakami, rośliny lecznicze z opisami i wreszcie utrwalone odciski tropów zwierząt. Z opisów wynika, że przeszliśmy tylko część parku. Wsiadamy do autokaru i jedziemy na północ drogą 674.
Naszym kolejnym celem jest leżący na szlaku tatarskim meczet w Bohonikach. W praktyce jest to obiekt turystyczny, choć nadal jest używany do celów kultowych. Niemniej społeczność tatarska raczej zanika (w Polsce jest ich obecnie ok. 3000) i pewnie w przyszłości będzie to tylko zabytek.
Skąd w ogóle Tatarzy w Polsce? Najogólniej - z najazdów mongolskich. Ich dalsze dzieje były dość skomplikowane.
Meczet pochodzi z II połowy XIX w., jest mały (ok. 11 × 8 m), parterowy, drewniany, z centralną wieżyczką, pełniącą funkcję minaretu. Wewnątrz jest podzielony jak zwykle w meczetach (ale i w synagogach) na część męską i żeńską. Nasze spotkanie z przewodniczką/administratorką odbywało się w głównej, męskiej sali, wyposażonej także w balkon.
Tym razem mogliśmy się dowiedzieć o wielu konkretach dotyczących i budowy meczetu, i zwyczajów muzułmańskich. Była więc mowa o obchodzeniu świąt (szczególnie Ramadanu), o pielgrzymkach do Mekki i o rytuałach pochówków, a nawet o uboju rytualnym zwierząt.
Z meczetu przeszliśmy do pobliskiego Zajazdu u Mahmeda, w którym serwuje się specjały kuchni tatarskiej. Zjedliśmy tam pierekaczewnik, z wyglądu podobny do naleśnika lub rolady, w każdym razie zwijany z ciasta i nadziany mięsem (są też wersje na słodko).
Potem poszliśmy na tatarski cmentarz (mizar), który z daleka wygląda podobnie do naszych cmentarzy; z bliska widać jednak parę różnic. Ale w miarę upływu czasu historycznego jest ich coraz mniej. Funkcjonuje od XVIII w. i zajmuje 2 ha. Groby są orientowane i leżą na niewielkim wzgórzu - takie są reguły. Resztki dawnych mogił to tylko kamienie, które kładziono przy głowie i stopach zmarłego. Później mogiły były jedynie obłożone kamieniami, a pionowa część nagrobka była kamienną płytą, z napisami po stronie zewnętrznej. Dalsza ewolucja doprowadziła do grobowców takich jak nasze, z tym że inskrypcje były nadal od strony zewnętrznej lub po obu stronach płyty. Ma się rozumieć, że symbole są muzułmańskie — półksiężyc, a nie krzyż.
Opuszczamy tereny przygraniczne i jedziemy początkowo na północ, w stronę Sokółki, a następnie na zachód drogę 671 w kierunku Korycina, w sumie ok. 40 km. W Janowie skręcamy w drogę gminną i zatrzymujemy się w wiosce Aulakowszczyzna, gdzie czeka nas degustacja serów korycińskich, wytwarzanych w gospodarstwie rolnym. Właściciel mówił o uwarunkowaniach technicznych i ekonomicznych całego procesu, podczas gdy my próbowaliśmy sery. Zaliczają się one do żółtych dojrzewających, ale dojrzewanie trwa stosunkowo krótko i te gatunki są stosunkowo miękkie. Firma początkowo posiadała wysokowydajne krowy z państw zachodnich, ale okazały się one zbyt rachityczne i w efekcie zostały zastąpione gatunkami krajowymi. Tamtejsze sery można było na miejscu kupić.
Stamtąd wróciliśmy do hotelu w Białymstoku.
Powrót do Wydarzenia 2023