Blue Flower

Dzień szósty 30.08.2018

Po noclegu pojechaliśmy zwiedzić kolejne skalne miasto, znacznie jednak młodsze od Upliscyche, bo z XII/XIII w. Wygląda też inaczej, wykuto go w pionowym zboczu skalnym (tuf wulkaniczny), tak więc obrazowo można powiedzieć, że jest ono jak wieżowiec (było 13 pięter), podczas gdy Upliscyche- jak osiedle domków jednorodzinnych. Służyło też raczej jako schronienie przed najazdami (nie było widoczne z zewnątrz, choć teraz jest) i do ceremonii, a nie do stałego zamieszkania. Później zostało poważnie zniszczone przez trzęsienie ziemi. Od parkingu trzeba było się wspiąć spory kawałek, aby znaleźć się w pomieszczeniach, z których większość jest otwarta od strony drogi. Stan obiektu nie jest wiele lepszy od poprzedniego, idzie się ogrodzoną ścieżką, przechodząc kolejno przez niektóre pomieszczenia lub tylko do nich zaglądając. Tylko niewielka część jest udostępniona do zwiedzania, ale to wystarczy, gdyż po tak wielu latach wszystko jest do siebie podobne. Jest też trochę wyblakłych fresków oraz źródełko tworzące się w wyniku  przesiąkania wody przez skały. Na dół schodzi się także tunelem.

Po wyjeździe kolejny przystanek był przy wiszącym (i kołyszącym się) moście (1140 m n.p.m.), podobnym do tego jaki był kiedyś na zalewie w naszym Zagórzu Śląskim. Widać też stamtąd pobliską, dużą, lecz nieczynną twierdzę  Khertvisi [chertwisi], z II w p.n.e.(potem modyfikowaną).
Następnie zatrzymaliśmy się znów w Akhaltsikhe, głównie na podstawowe zakupy. Przy okazji obfotografowaliśmy twierdzę ze złotą kopułą, z XII w.
Ostatnim tego dnia celem było Bordżomi, kurort powstały z początkiem XIX w. na bazie wody mineralnej o własnościach prozdrowotnych. Ciekawe, że skład wody podawany na butelce nie wskazuje na nic niezwykłego, a woda kupiona w sklepie ma zapach chlorowcowy, należałoby się więc spodziewać, że zawiera bromki lub jodki. Jest  wiele odwiertów, które podają wodę o różnym składzie. Można ją kupić także w Polsce, ale jest droga. Główną aleją doszliśmy do parku, skosztowaliśmy tam tejże wody podawanej przez obsługę, ale tam z kolei smak był metaliczny (od rur, jak to zwykle bywa) i zupełnie inny niż butelkowanej, łagodniejszy.
Z parku można się dostać na leżące na wprost wzgórze, kolejką linową albo pieszym szlakiem. Sprawdziliśmy jedno i drugie, problem tylko, że na górze nie ma nic ciekawego, oczywiście oprócz atrakcyjnych widoków na dół. Idąc natomiast alejkami w głąb parku, dochodzi się do miejsca, skąd widać pomnik Prometeusza oraz wodospady spływające z dużej wysokości ze zbocza.
Po około 3 godzinach jazdy dotarliśmy do Kutaisi, gdzie był kolejny nocleg.