Blue Flower

Dzień piaty 29.08.2018

Piątego dnia naszych wędrówek odwiedziliśmy najpierw dwie świątynie położone blisko Tbilisi (ok. 20 km na północ).
 Pierwsza to  klasztor Jvari [dżwari] leżący na wzgórzu nad dawną stolicą Gruzji – Mcchetą, z początku VII wieku. Świątynia jest  zbudowana nietypowo, na planie krzyża równoramiennego, w wyniku czego ma wygląd bardzo zwarty. Wewnątrz jest mała i skromna; na jej środku stoi duży drewniany krzyż (słowo "dżwari" znaczy właśnie "krzyż"). Wokół niej zachowały się resztki murów. Roztacza się stamtąd widok na leżącą w dole Mcchetę, widać też rzekę Aragwi (tę, która biegnie wzdłuż drogi wojennej) wpadającą do głównej rzeki Mtkwari.
Po chwili zjechaliśmy do samej Mtskhety [mcchety], gdzie znajduje się w szczególności duża katedra Sweti Cchoweli, zbudowana po roku 1000, z otaczającym XVIII-wiecznym murem obronnym. Miasto było świadkiem wielu ważnych wydarzeń, w szczególności wzmiankowanego już chrztu z IV wieku.  Bryła składa się ze schodkowo połączonych segmentów o typowych dla Gruzji kształtach. Jak na stołeczną katedrę przystało, ściany zewnętrzne ozdobiono łukami, niszami i nielicznymi płaskorzeźbami. Obszerne wnętrze, poprzedzielane filarami,  jest umiarkowanie zdobione freskami, obrazami i płytami na posadzce. Sponad ołtarza spogląda na obecnych pokaźne malowidło przedstawiające Chrystusa. Widać też wewnętrzną kaplicę, dostępną z czterech stron (ale bez wejścia), pod którą -wedle legendy- znajduje się szata Chrystusa. Bardzo urozmaicony jest sam mur, z licznymi wieżami i pomieszczeniami mieszkalnymi.
Po opuszczeniu katedry dostaliśmy trochę czasu wolnego, na zwiedzenie dużego bazaru znajdującego się obok, po czym udaliśmy się w dalszą drogę, w kierunku Gori (zachodnim).
Po drodze widzimy bordowe dachy domków dla uchodźców. Nie są to jednak tacy uchodźcy, o których moglibyśmy w pierwszej chwili pomyśleć, lecz Gruzini, którzy uciekli z Osetii Płd. w wyniku wojny z 2008 roku. Takie nacje jak Osetyjczycy i Abchazowie, od dawna nie lubili Gruzinów, zresztą ze wzajemnością; animozje trwają co najmniej od czasów carskich. Byli oni też (szczególnie Osetyjczycy) silnie związani z Rosją. W  czasach ZSRR wchodzili w skład Gruzji,  jako republiki autonomiczne. Gdy nadarzały się okazje, próbowały ogłaszać niepodległość. W efekcie dochodziło do wojen wewnętrznych. W ostatnim okresie wojna taka miała miejsce w latach 1991/92 i zakończyła się porozumieniem pokojowym oraz ustanowieniem sił pokojowych rosyjsko-osetyjsko-gruzinskich. Oba narody nadal wchodziły w skład Gruzji, jako republiki autonomiczne.
Po dojściu do władzy prezydenta Saakaszwilego zaczęły się niepokoje i incydenty, a od początku roku 2008 liczne przepychanki słowne, groźby i narastanie incydentów. W sierpniu wojska gruzińskie atakiem rakietowym na osetyjską stolicę (Cchinwali) rozpoczęły operację pod kryptonimem "Czyste pole". Opór miejscowych był zbyt słaby i w krótkim czasie większa część republiki została zajęta. Wtedy na odciecz ruszyła armia rosyjska (wraz z oddziałami Osetyjczyków i Abchazów), która wyparła Gruzinów i weszła na ich główne terytorium, konfiskując składy broni, szczególnie ciężkiej. Potem zaczęła się stopniowo wycofywać. W tym czasie prezydent Sarkozy negocjował w Moskwie porozumienie pokojowe, a Osetia Południowa i Abchazja ogłosiły niepodległość (trochę działań wojennych toczyło się też w Abchazji). W zasadzie niedoścignionym marzeniem południowych Osetyjczyków jest przyłączenie się do Rosji i połączenie z wchodzącą w jej skład Osetią Północną. Kraj ten leży częściowo na podgórzu, a częściowo w górach. Aktualna granica przebiega niedaleko od szosy, którą jechaliśmy; miejscami widać wioski osetyjskie oraz rosyjską bazę wojskową. Reszta jest za górami.

Po ok. 80 kilometrach osiągnęliśmy Gori, ale odbiliśmy nieco od szosy, aby zwiedzić znajdujące się o 8 km dalej skalne miasto Upliscyche. Zostało ono wykute w skałach (piaskowiec) na zboczu, nad znaną nam już rzeka Mtkwari,  przez niewolników, od V w. p.n.e.  Będąc centrum także religijnym, po przyjęciu nowej religii – chrześcijaństwa, zaczęło tracić na znaczeniu. Do obecnych czasów przetrwała tylko część. Wśród pozostałości można obejrzeć płytkie pomieszczenia z otworami drzwiowymi i okiennymi, na ogół już nieregularnymi. Zachowały się nieliczne zdobienia, w tym na sufitach. Jednakże większości dachów już nie ma, a otwory wejściowe są duże jak wejścia do jaskiń. Zachowało się trochę precyzyjnie wykonanych łuków. Niektórym pozostałościom nadane nazwy, np. apteka, bazylika trójnawowa, gdyż takie funkcje pełniły w przeszłości.
W najwyższym punkcie zespołu, nad jednym z "domów", w XIII wieku zbudowano kościół (cerkiew), zupełnie nie pasujący do otoczenia i psujący harmonię. Z kompleksu wyszliśmy tunelem, pełniącym niegdyś funkcje zaopatrzeniowe i ewakuacyjne.

Następnie wróciliśmy do Gori, aby zwiedzić muzeum Stalina. Trzeba przypomnieć, że tam się urodził i mieszkał przez pierwsze 4 lata życia, potem rodzina przeniosła się do Tbilisi. Muzeum składa się z trzech części: budynku muzealnego, wagonu oraz domu. W naszym programie nie był przewidywany wstęp do żadnego z nich, oglądaliśmy je tylko z zewnątrz. Muzeum to jest najdroższe w Gruzji, wstęp kosztuje 35 lari. Budynek, z lat 30., zaliczono do stylu socrealistycznego, choć w istocie przypomina klasycystyczny. W każdym razie jest jednopiętrowy, z płaskim dachem i kwadratową wieżą. Po dwóch stronach prawie na całej długości ciągną się kolumnady, tworząc podcienie. Okna są prostokątne, z ozdobnymi półkolistymi łukami u góry. Naprzeciwko budynku stoi pomnik wodza- cała postać barwy jasnej, w luźnej pozie.
Obok głównego budynku stoi wspomniany drewniany dom parterowy, w którym rodzina Dżugaszwilich (rodziców Stalina) wynajmowała dolną część. Jest on przykryty ozdobna wiatą, chroniącą od opadów, ale dostępny z każdej strony.
Wagon, koloru zielonego, którym Stalin podróżował, m.in. na konferencje pokojowe, na zewnątrz niczym szczególnym się nie wyróżnia, ale wnętrze jest podobno najciekawsze w całym zespole.

Opuściliśmy  Gori i skierowaliśmy się na południowy zachód. Droga do naszego celu przebiegała nieco okrężnie, z małym przystankiem w Akhaltsikhe [achalciche]. Później staje się coraz bardziej kręta, zaczynają się góry, z widokami podobnymi do drogi wojennej. Po 60 km dojechaliśmy do Vardzi [wardżi], do końca szosy, gdzie w gospodarstwie  agroturystycznym mieliśmy nocleg (ok. 1300 m n.p.m.). Jest ono położone tuż na rzeką Mtkwari, płynącą z Turcji, tutaj dość szeroką i o bystrym nurcie. Dookoła widać góry. Przez część z nich przebiega granica z Turcją. W samym gospodarstwie widzimy uprawy winorośli, pomidorów w wielkim tunelu foliowym, warzyw, oraz ule. Są kolektory słoneczne. Warto nadmienić, że w wielu rejonach stosuje się po prostu pojemniki plastikowe z płaskim dnem, stawiane na dachach, co w tamtejszych warunkach wystarcza do uzyskania ciepłej wody. Tak było na przekład w hotelu w Kutaisi.