Blue Flower

Dzień drugi 26.08.2018

Drugiego dnia, w niedzielę skierowaliśmy się na wschód, do stolicy - Tbilisi (240 km, 4 godziny jazdy). Właściwie w autobusie spędzaliśmy chyba więcej czasu niż poświęcaliśmy na samo zwiedzanie, mogliśmy więc poczynić różne obserwacje i wysłuchać różnych informacji. Zacznijmy od ruchu drogowego, tym bardziej że spotyka się wiele nieaktualnych informacji. Gruzja ma jedną niedokończoną autostradę i kilka małych odcinków dróg dwupasmowych; zdecydowana większość to zwykłe drogi, ale jakość ich nawierzchni nie jest gorsza niż u nas. Trudno się też zgodzić z opinią, że Gruzini jeżdżą niebezpiecznie. Fakt, że przepisy traktują tylko jako sugestie, ale są uważni, kulturalni i życzliwi. Wbrew oczekiwaniom, na drogach widzi się współczesne samochody, niewiele jest starych. Jedyne na co trzeba uważać, to nieoczekiwane włączanie się do ruchu. Wyprzedzanie, gdy z przeciwka coś jedzie, jest u nich niepisaną normą, ale wzajemnie ułatwiają sobie takie manewry. Kierownica może być z lewej lub prawej strony (sprowadzili sporo aut z Japonii). Ubezpieczenie samochodu nie jest obowiązkowe. Rzadko spotyka się szalejących kierowców, prędkości wydają się niższe niż u nas, a ruch jest mniejszy. Jest dużo dróg krętych, co też wpływa na sposób jazdy. Wypadków jest podobno niewiele. Wzywanie policji w takiej sytuacji jest faux pas. Gdy zdarzy się wypadek, mandaty otrzymują obydwoje uczestnicy, niezależnie od winy. Prędkość na autostradzie nie powinna przekraczać 110 km/h, co jest kontrolowane. Również inne zapędy ukróca policja. Widuje się samochody zatrzymane przez nią. Przy światłach zamontowane są kamery, a przejazd na czerwonym kończy się wysokim mandatem, rosnącym progresywnie w przypadku niezapłacenia. Za wyrzucenie z samochodu niedopałka lub czegoś innego można "zarobić" 80 lari. Pewnym problemem dla nieuważnego kierowcy są słynne gruzińskie krowy na drogach. Polega to na tym, że rano są wypuszczane i chodzą samopas, a pod wieczór wracają lub są spędzane - także szosą. W sumie pełnią  rolę ekospowalniaczy, ale nie zapowiedzianych, mogą się pojawiać nieoczekiwanie. Mogą iść wzdłuż lub w poprzek drogi lub stać a nawet leżeć na niej i trzeba je delikatnie ominąć, nieraz posiłkując się klaksonem.
Dość znanym na Wschodzie sposobem podróżowania są marszrutki - prywatne busiki, które można zatrzymać w dowolnym miejscu i wysiąść też w dowolnym, po wynegocjowaniu ceny. Podobna zresztą procedura jest w taksówkach; negocjujemy cenę, zanim wsiądziemy.
Po pewnym czasie zatrzymaliśmy się przy przydrożnym bazarze, oferującym głównie naczynia ceramiczne, różnych wielkości i rodzajów.
 Do celu podróży zostało jeszcze sporo kilometrów, więc można  poświęcić nieco czasu najnowszej historii Gruzji. W trakcie rozpadu ZSRR  kraj ogłosił niepodległość (w 1991 r.), a prezydentem został Zwiad Gamsachurdia, wcześniej dysydent. Zerwał on wszelkie kontakty z istniejącym jeszcze ZSRR, co w krótkim czasie doprowadziło do krachu gospodarczego. Przedsiębiorstwa upadały z braku rynków zbytu, wprowadzono system kartkowy, ludzie stali w kolejkach po jedzenie. Uwolnił demony nacjonalizmu, głosząc i realizując hasło "Gruzja dla Gruzinów". Pod koniec jego kadencji doszło do wojny domowej.
Kolejny prezydent, Eduard Szewardnadze (były minister spraw zagr. ZSRR) uspokoił sytuację, ale okres jego prezydentury charakteryzował  się stagnacją, słabością państwa i rozrostem zorganizowanej przestępczości. Poszczególnymi rejonami faktycznie władały mafie.
Za następnego prezydenta, Micheila Saakaszwilego wahadło wychyliło się w drugą stronę. Wydał wojnę korupcji i przestępczości, ale przyznał zbyt duże uprawnienia policji, co doprowadziło do nadużyć. Mafiosów rozstrzeliwano nawet bez sądu, ludzie znikali bez śladu, miały miejsce tortury i nieuzasadnione oskarżenia. Młodzież na widok policjanta lub radiowozu rozbiegała się, aby nie być oskarżonym np. o posiadanie narkotyków. W gospodarce jednak działo się niewiele. Walka z przestępczością została wygrana i dziś Gruzja jest uważana za jeden z najbezpieczniejszych krajów. Udało się też Saakaszwilemu "odzyskać" Adżarię (stolica: Batumi), jeden z separatystycznych obwodów, choć wojska stanęły już naprzeciwko siebie. Poniósł natomiast klęskę w przypadku Abchazji i Osetii Południowej, o czym jeszcze będzie mowa. Wyciekł też film pokazujący tortury, co rozpoczęło powolny proces jego upadku. Pomimo to wygrał jeszcze kolejne wybory. Obecnie jest ścigany listem gończym z zarzutami wywołania wojny z Rosją oraz nepotyzmu. Stawiano mu też inne.
Aktualny prezydent (od 2013 roku), mało u nas znany Giorgi Margwelaszwili podobno niczym się nie wyróżnił. W nadchodzących zaś wyborach  nie ma wyraźnego faworyta. Gospodarka jest nadal w kryzysie, nie ma ducha przedsiębiorczości, choć dane statystyczne są zachęcające. Szybko rozwija się sektor turystyczny, po 15% rocznie.
Dalsza nasza droga prowadziła przez dwukilometrowy tunel, będący podobno granicą między Europą a Azją. Trwają dyskusje - czy Gruzja należy do Europy czy do Azji, ale wydaje się, że po prostu takie ostre granice nie istnieją i jest ona obszarem przejściowym.
Tbilisi, do którego wreszcie dojechaliśmy, sprawia wrażenie dużej metropolii. Liczy 1 450 000 mieszkańców i rozciąga się wąskim pasem na długości prawie 30 kilometrów w dolinie rzeki Mtkwari [mquari] (w polskim tłumaczeniu: Kury) i na zboczach otaczających ją gór Kaukazu Małego. Rzeka ta płynie przez cały kraj, podobnie jak u nas Wisła. Zatrzymaliśmy się w rejonie centrum i wspięliśmy się pod pomnik domniemanego założyciela miasta, króla Kartlii (=Iberii), Wachtanga Gorgasaliego. Stamtąd było widać m.in. mosty na rzece, część zabudowy miasta oraz pomnik Matki Gruzji na przeciwległym wzgórzu, z pucharem wina w lewej ręce i z mieczem  w prawej. W tamtym kierunku jeździ kolejka linowa i do niej skierowaliśmy kroki, mijając po drodze sztuczne drzewo z różnymi gadżetami. Po wjeździe na górę widoki na miasto były jeszcze rozleglejsze. Idąc grzbietem, dotarliśmy do pobliskiej, imponującej twierdzy  Narikala, wieńczącej wzgórze. Z jej podnóża widać było m.in. pobliskie łaźnie siarkowe, z dachami w postaci lekko zaostrzonych kopuł. Jest to historyczne centrum miasta; założono je właśnie na bazie wód termalnych, skąd zresztą wywodzi się jego nazwa. Dalsza, bardzo malownicza trasa wiedzie w dół, przez mostki i wąwóz, kończąc się przy wodospadzie. Stamtąd widać budynki stojące na skale (podobnie jak twierdza). Po powrocie wzdłuż rzeczki szliśmy ulicami starówki, odwiedzając kilka zabytków. Najpierw była katedra Sioni, z VI/VII wieku, do której jednak nie wszystkich wpuszczają. W świątyniach prawosławnych obowiązuje zakrywanie różnych części ciała, zarówno kobiet jak i mężczyzn, choć nie wszędzie jest to egzekwowane. Odwiedziliśmy też bazylikę Anczischati, z początku VI wieku, najstarszą w stolicy świątynię chrześcijańską.
Trochę dalej znajduje się krzywa, a raczej pokrzywiona wieża zegarowa, zbudowana współcześnie. Trochę przypomina wieżę z klocków zbudowaną przez 3-latka. Na dodatek jest z jednej strony podparta.

 Futurystycznych budowli jest w Tbilisi więcej. Są to na przykład dwa budynki w postaci leżących tub, w których mają się mieścić: filharmonia i sala koncertowa. Również pieszy Most Pokoju z przeźroczystym, pofalowanym dachem, z racji kształtu nazywany podpaską. W centrum warto jeszcze zwrócić uwagę na pomnik tańczących; ich ruch prawie widać.
Po powrocie udaliśmy się na kolację do restauracji. Była podobna do poprzedniej, przy czym towarzyszyły jej także piosenki, tańce i przedstawienia w wykonaniu gruzińskiego zespołu.