Blue Flower

Wycieczka do Gruzji 2018 (25.08.2018 - 01.09.2018)

Dzień pierwszy 25.08.2018

Za górami, za morzami, wciśnięty między dwa pasma górskie, leży starożytny kraj, Sakartwelo - znany u nas jako Gruzja. Dla ludów anglojęzycznych jest to Georgia. Dostaliśmy się tam samolotem, korzystając z fioletowej węgierskiej linii WizzAir. Kraj mierzy ok. 750 km na osi w-z i ok. 450 na osi pn-pd.
Po wylądowaniu w Kutaisi [kutajzi], drugim co do wielkości gruzińskim mieście, skierowaliśmy się wynajętym autokarem w kierunku północnym, (ok. 20 km), aby zwiedzić Jaskinię Prometeusza.
Po drodze mieliśmy okazję zobaczyć z okien autobusu różne obrazki z tamtejszego życia, na przykład instalacje gazowe prowadzone na zewnątrz. Gaz do domów płynie rurami 2-3 m nad ziemią. Widzieliśmy też cmentarz, na którym uwagę zwraca ogrodzenie każdego grobu. W ogóle ceremonie pogrzebowe są bardzo rozbudowane, z wieloletnim harmonogramem, ale oczywiście nie miejsce tu na szczegóły. Przejeżdżaliśmy przez dawny kurort Tskaltubo, obecnie podupadły. W czasach radzieckich Gruzinom żyło się bardzo dobrze, co do dziś wspominają z nostalgią. Rozpad ZSRR nazywa się u nich "razwałem" i jest ważną cezurą. Po nim nastąpił krach gospodarczy, do czego jeszcze wrócimy.
Udostępniona do zwiedzania w 2010 r. jaskinia ma długość 1400 m i znaczną wysokość. Chodnik miejscami rozszerza się tworząc sale (7 z 16 jest udostępnionych dla zwiedzających). Jedna z nich to sala miłości, wykorzystywana w ceremoniach ślubnych. Wyrzeźbiona w beżowym wapieniu jaskinia posiada liczne stalagmity i stalaktyty, od małych do wielkich. Wszystko jest podświetlone różnymi kolorami; jest co podziwiać.
Po tych wrażeniach wróciliśmy do Kutaisi, gdzie wymieniliśmy pieniądze i ze świeżym zapasem gotówki odwiedziliśmy miejscowy bazar. Jest on duży, przykryty dachem i oferuje różne towary, z przewagą żywności. Gruzińskie lari traciło na wartości wobec euro na naszych oczach. W stosunku do złotówki kurs wynosił około 1,5 zł za 1 lari (wymiana złoty-lari nie jest możliwa).
Przeszliśmy też ulicami miasta i przez park. Kutaisi leży w środkowozachodniej Gruzji, na wzgórzach (wysokość w centrum ok. 150 m n.p.m.), nad rzeką Rioni i liczy 450 000 mieszkańców. Centrum jest zadbane, lecz nieco dalej zabudowa przypomina wioskę. Z hotelu mieliśmy blisko do położonej dość wysoko katedry Bagrati, zbudowanej w 1003 roku. Leżąc nieco na uboczu i na wzgórzu, nie została dotknięta przez najazdy, ale zniszczyło ją trzęsienie ziemi. Obecnie jest zrekonstruowana, lecz z powodu potężnej metalowej przypory straciła status zabytku UNESCO.
Styl architektoniczny gruzińskich kościołów (kopułowo-krzyżowy) jest specyficzny i nie ewoluował tak jak te w Europie. Niezależnie od czasu budowy wyglądają bardzo podobnie, przypominając nieco styl romański oraz budowle arabskie. Mury są grube, budowle przysadziste, okna wąskie i długie, zakończone łagodnymi łukami. Nad wejściami znajdują się duże łuki (archiwolty), a nad nimi trójkątne zadaszenia (tympanony lub tylko trójkąty dachu). Plan całego obiektu to krzyż łaciński (czyli "nasz"), z umieszczoną na jego środku niezbyt wysoką, masywną kopułą.
Są nawy boczne, niższe od nawy głównej, przykryte dachami o małym nachyleniu. Nieraz dobudowane są inne pomieszczenia, w sposób podobny jak nawy boczne. Wejście prowadzi też niekiedy przez osobny, zadaszony korytarz. Często spotyka się wolnostojące dzwonnice. Wnętrza są zwykle małe i skromne, zdobione głównie freskami. Ikonostasy są zamknięte.
Omawiana katedra jest stosunkowo duża i bogata w nawy, ma też dodatkową wieżę. Jest obszerna także wewnątrz, zdobienia są  jednak skromne, głównie freski. Zwiedzaliśmy ją wieczorem, a wcześniej pojechaliśmy w okolice miasta, nieco na północny wschód, gdzie na przeciwległych wzgórzach znajdują się dwa klasztory (inaczej monastery albo monastyry; są to kalki z rosyjskiego). W ogóle w planie naszej wycieczki było dużo obiektów sakralnych. Być może takie właśnie najlepiej przetrwały liczne zawieruchy wojenne. W czasie przejazdów widzieliśmy też szereg twierdz na wzgórzach, ale wydają się one jeszcze nie zrekonstruowane. Trzeba dodać, że na terenie obecnej Gruzji już ok. 500 lat p.n.e. istniały dwa państwa: Kolchida (zachód) i Iberia (wschód). Historia tego regionu jest bardziej skomplikowana, o czym można poczytać w stosownych źródłach. Zjednoczenie i powstanie Gruzji dokonało się w roku 1010. Iberia, jako jedna z pierwszych państw, około roku 330 przyjęła chrześcijaństwo.
Wiąże się to ze św. Nino, najważniejszą tam postacią religijną. Dominującym wyznaniem jest obecnie prawosławie, a Kościół jest całkowicie niezależny, ma swojego patriarchę.
Pierwszy z rzeczonych klasztorów (a właściwie cały kompleks), Gelati, z roku 1106, ufundowany został przez króla Dawida IV Budowniczego. Obok głównej świątyni znajduje się tam duża dzwonnica, z małą kapliczką na górze i podcieniami dla zadumy na dole. Nieopodal znajdujemy źródełko, zapewne o uzdrawiającej mocy. Z tego miejsca przechodzi się paręnaście kroków do budynku akademii (byłej), gdzie prowadzono zajęcia dydaktyczne i rozwijano różne rodzaje nauk. Obecnie dominuje tam jedna wielka sala. Blisko głównej świątyni znajduje się mniejsza jej kopia, a trochę dalej południowa brama, będąca też miejscem spoczynku wymienionego króla. Blisko niej stoi krzyż św. Nino, charakteryzujący się nachyleniem poziomych ramion ku dołowi. Takie krzyże, rożnej wielkości, można kupić praktycznie na każdym gruzińskim stoisku. Do kompleksu wchodzi się jeszcze inną bramą. Samo wnętrze głównej świątyni jest stosunkowo małe i zawiera niewiele ozdób. Są to głównie freski, którymi pokryto całe ściany.
    Drugi z klasztornych kompleksów, XI-wieczna Motsameta [mocameta], męski, jest  mniejszy i bardziej zwarty. Wchodzi się do niego niepozorną bramą, a następnie przez malowniczy, kryty, ażurowy most, prowadzący na dziedziniec i do świątyni. Wnętrze jest odnowione, a ozdoby to głównie freski, z których część jest usadowiona w ozdobnych niszach.
Po powrocie do hotelu mieliśmy kolację, która ze względu na ilość i różnorodność potraw oraz dodatkowe atrakcje należałoby nazwać biesiadą. Również i następne dni pokazały, że Gruzini preferują obfitą kolację i skromne śniadanie, czyli odwrotnie do współczesnych zaleceń dietetycznych. Menu nie jest też wcześniej znane, a potrawy podawane po kolei, co utrudnia konsumentowi przewidzenie własnych możliwości. Oprócz ich regionalnych potraw, które mogą smakować lub nie, część jest podobna do naszych. Mieliśmy też okazję poznać tradycję toastów, tym razem z zastosowaniem rogu jako naczynia do picia wina. Rogi takie, różnej wielkości, gliniane lub imitujące naturalne, można kupić na bazarach i w sklepach.

  


Dzień drugi 26.08.2018

Drugiego dnia, w niedzielę skierowaliśmy się na wschód, do stolicy - Tbilisi (240 km, 4 godziny jazdy). Właściwie w autobusie spędzaliśmy chyba więcej czasu niż poświęcaliśmy na samo zwiedzanie, mogliśmy więc poczynić różne obserwacje i wysłuchać różnych informacji. Zacznijmy od ruchu drogowego, tym bardziej że spotyka się wiele nieaktualnych informacji. Gruzja ma jedną niedokończoną autostradę i kilka małych odcinków dróg dwupasmowych; zdecydowana większość to zwykłe drogi, ale jakość ich nawierzchni nie jest gorsza niż u nas. Trudno się też zgodzić z opinią, że Gruzini jeżdżą niebezpiecznie. Fakt, że przepisy traktują tylko jako sugestie, ale są uważni, kulturalni i życzliwi. Wbrew oczekiwaniom, na drogach widzi się współczesne samochody, niewiele jest starych. Jedyne na co trzeba uważać, to nieoczekiwane włączanie się do ruchu. Wyprzedzanie, gdy z przeciwka coś jedzie, jest u nich niepisaną normą, ale wzajemnie ułatwiają sobie takie manewry. Kierownica może być z lewej lub prawej strony (sprowadzili sporo aut z Japonii). Ubezpieczenie samochodu nie jest obowiązkowe. Rzadko spotyka się szalejących kierowców, prędkości wydają się niższe niż u nas, a ruch jest mniejszy. Jest dużo dróg krętych, co też wpływa na sposób jazdy. Wypadków jest podobno niewiele. Wzywanie policji w takiej sytuacji jest faux pas. Gdy zdarzy się wypadek, mandaty otrzymują obydwoje uczestnicy, niezależnie od winy. Prędkość na autostradzie nie powinna przekraczać 110 km/h, co jest kontrolowane. Również inne zapędy ukróca policja. Widuje się samochody zatrzymane przez nią. Przy światłach zamontowane są kamery, a przejazd na czerwonym kończy się wysokim mandatem, rosnącym progresywnie w przypadku niezapłacenia. Za wyrzucenie z samochodu niedopałka lub czegoś innego można "zarobić" 80 lari. Pewnym problemem dla nieuważnego kierowcy są słynne gruzińskie krowy na drogach. Polega to na tym, że rano są wypuszczane i chodzą samopas, a pod wieczór wracają lub są spędzane - także szosą. W sumie pełnią  rolę ekospowalniaczy, ale nie zapowiedzianych, mogą się pojawiać nieoczekiwanie. Mogą iść wzdłuż lub w poprzek drogi lub stać a nawet leżeć na niej i trzeba je delikatnie ominąć, nieraz posiłkując się klaksonem.
Dość znanym na Wschodzie sposobem podróżowania są marszrutki - prywatne busiki, które można zatrzymać w dowolnym miejscu i wysiąść też w dowolnym, po wynegocjowaniu ceny. Podobna zresztą procedura jest w taksówkach; negocjujemy cenę, zanim wsiądziemy.
Po pewnym czasie zatrzymaliśmy się przy przydrożnym bazarze, oferującym głównie naczynia ceramiczne, różnych wielkości i rodzajów.
 Do celu podróży zostało jeszcze sporo kilometrów, więc można  poświęcić nieco czasu najnowszej historii Gruzji. W trakcie rozpadu ZSRR  kraj ogłosił niepodległość (w 1991 r.), a prezydentem został Zwiad Gamsachurdia, wcześniej dysydent. Zerwał on wszelkie kontakty z istniejącym jeszcze ZSRR, co w krótkim czasie doprowadziło do krachu gospodarczego. Przedsiębiorstwa upadały z braku rynków zbytu, wprowadzono system kartkowy, ludzie stali w kolejkach po jedzenie. Uwolnił demony nacjonalizmu, głosząc i realizując hasło "Gruzja dla Gruzinów". Pod koniec jego kadencji doszło do wojny domowej.
Kolejny prezydent, Eduard Szewardnadze (były minister spraw zagr. ZSRR) uspokoił sytuację, ale okres jego prezydentury charakteryzował  się stagnacją, słabością państwa i rozrostem zorganizowanej przestępczości. Poszczególnymi rejonami faktycznie władały mafie.
Za następnego prezydenta, Micheila Saakaszwilego wahadło wychyliło się w drugą stronę. Wydał wojnę korupcji i przestępczości, ale przyznał zbyt duże uprawnienia policji, co doprowadziło do nadużyć. Mafiosów rozstrzeliwano nawet bez sądu, ludzie znikali bez śladu, miały miejsce tortury i nieuzasadnione oskarżenia. Młodzież na widok policjanta lub radiowozu rozbiegała się, aby nie być oskarżonym np. o posiadanie narkotyków. W gospodarce jednak działo się niewiele. Walka z przestępczością została wygrana i dziś Gruzja jest uważana za jeden z najbezpieczniejszych krajów. Udało się też Saakaszwilemu "odzyskać" Adżarię (stolica: Batumi), jeden z separatystycznych obwodów, choć wojska stanęły już naprzeciwko siebie. Poniósł natomiast klęskę w przypadku Abchazji i Osetii Południowej, o czym jeszcze będzie mowa. Wyciekł też film pokazujący tortury, co rozpoczęło powolny proces jego upadku. Pomimo to wygrał jeszcze kolejne wybory. Obecnie jest ścigany listem gończym z zarzutami wywołania wojny z Rosją oraz nepotyzmu. Stawiano mu też inne.
Aktualny prezydent (od 2013 roku), mało u nas znany Giorgi Margwelaszwili podobno niczym się nie wyróżnił. W nadchodzących zaś wyborach  nie ma wyraźnego faworyta. Gospodarka jest nadal w kryzysie, nie ma ducha przedsiębiorczości, choć dane statystyczne są zachęcające. Szybko rozwija się sektor turystyczny, po 15% rocznie.
Dalsza nasza droga prowadziła przez dwukilometrowy tunel, będący podobno granicą między Europą a Azją. Trwają dyskusje - czy Gruzja należy do Europy czy do Azji, ale wydaje się, że po prostu takie ostre granice nie istnieją i jest ona obszarem przejściowym.
Tbilisi, do którego wreszcie dojechaliśmy, sprawia wrażenie dużej metropolii. Liczy 1 450 000 mieszkańców i rozciąga się wąskim pasem na długości prawie 30 kilometrów w dolinie rzeki Mtkwari [mquari] (w polskim tłumaczeniu: Kury) i na zboczach otaczających ją gór Kaukazu Małego. Rzeka ta płynie przez cały kraj, podobnie jak u nas Wisła. Zatrzymaliśmy się w rejonie centrum i wspięliśmy się pod pomnik domniemanego założyciela miasta, króla Kartlii (=Iberii), Wachtanga Gorgasaliego. Stamtąd było widać m.in. mosty na rzece, część zabudowy miasta oraz pomnik Matki Gruzji na przeciwległym wzgórzu, z pucharem wina w lewej ręce i z mieczem  w prawej. W tamtym kierunku jeździ kolejka linowa i do niej skierowaliśmy kroki, mijając po drodze sztuczne drzewo z różnymi gadżetami. Po wjeździe na górę widoki na miasto były jeszcze rozleglejsze. Idąc grzbietem, dotarliśmy do pobliskiej, imponującej twierdzy  Narikala, wieńczącej wzgórze. Z jej podnóża widać było m.in. pobliskie łaźnie siarkowe, z dachami w postaci lekko zaostrzonych kopuł. Jest to historyczne centrum miasta; założono je właśnie na bazie wód termalnych, skąd zresztą wywodzi się jego nazwa. Dalsza, bardzo malownicza trasa wiedzie w dół, przez mostki i wąwóz, kończąc się przy wodospadzie. Stamtąd widać budynki stojące na skale (podobnie jak twierdza). Po powrocie wzdłuż rzeczki szliśmy ulicami starówki, odwiedzając kilka zabytków. Najpierw była katedra Sioni, z VI/VII wieku, do której jednak nie wszystkich wpuszczają. W świątyniach prawosławnych obowiązuje zakrywanie różnych części ciała, zarówno kobiet jak i mężczyzn, choć nie wszędzie jest to egzekwowane. Odwiedziliśmy też bazylikę Anczischati, z początku VI wieku, najstarszą w stolicy świątynię chrześcijańską.
Trochę dalej znajduje się krzywa, a raczej pokrzywiona wieża zegarowa, zbudowana współcześnie. Trochę przypomina wieżę z klocków zbudowaną przez 3-latka. Na dodatek jest z jednej strony podparta.

 Futurystycznych budowli jest w Tbilisi więcej. Są to na przykład dwa budynki w postaci leżących tub, w których mają się mieścić: filharmonia i sala koncertowa. Również pieszy Most Pokoju z przeźroczystym, pofalowanym dachem, z racji kształtu nazywany podpaską. W centrum warto jeszcze zwrócić uwagę na pomnik tańczących; ich ruch prawie widać.
Po powrocie udaliśmy się na kolację do restauracji. Była podobna do poprzedniej, przy czym towarzyszyły jej także piosenki, tańce i przedstawienia w wykonaniu gruzińskiego zespołu.

  


   


Dzień trzeci 27.08.2018

Następnego dnia skierowaliśmy się na północ, traktem o historycznej nazwie: Gruzińska Droga Wojenna. Jest to de facto droga w kierunku Rosji, przecinająca Wielki Kaukaz. Szlak ten znany był już w starożytności, a potem stopniowo modernizowany. Obecnie (co najmniej do naszego celu podróży) jest pokryty asfaltem i stanowi zwykłą drogę dwukierunkową. Od Tbilisi jedzie się systematycznie, choć nie bardzo stromo, w górę. Mijaliśmy też punkty planowane do zwiedzania w drodze powrotnej. Po pewnym czasie lesiste wzgórza zamieniają się w trawiaste, dolina zwęża się i przybywa zakrętów. Nawet i tu spotkaliśmy leżące na jezdni krowy. Droga staje się bardzo malownicza, przebiega zboczami, serpentynami, z widokami na leżące w dole rzeki i wąwozy, a niekiedy też zabudowania. Przejazd nią jest już atrakcją samą w sobie. Jeżdżą tam samochody wszelkich rozmiarów, również ciężarówki. Duże zakręty są poszerzone. Przejeżdżaliśmy przez kurort Gudauri  (1950 m n.p.m., 106 km do Tbilisi).  Po pokonaniu Przełęczy Krzyżowej znaleźliśmy się po północnej stronie Wielkiego Kaukazu. Widać tu biegnące obok drogi odcinki zapasowych tuneli, którymi można przejechać, gdy śnieg zasypie główną drogę. Stopniowo zjeżdżaliśmy w dół, aż dotarliśmy do celu naszej podróży, miasteczka Kazbegi (1756 m n.p.m, 4000 mieszkańców, 140 km od Tbilisi). Widać stamtąd częściowo skaliste, pobliskie szczyty, często kryjące się w chmurach. Celem ostatecznym był leżący wyżej, na wzgórzu, na wysokości 2205 m n.p.m (zmierzone), klasztor Cminda Sameba (Święta Trójca),  zbudowany w XIV wieku, "blisko Boga i daleko od wroga". Służył też do przechowywania skarbów, szczególnie przy zagrożeniu najazdem. Obok kościoła stoi dzwonnica, z daleka (w tym- z miasteczka) widać więc dwie wieże. Prowadzi tam droga górska, zbyt trudna dla zwykłych samochodów. Wjechaliśmy wynajętymi 7-osobowymi vanami z napędem na 4 koła. Widziało się także turystów idących pieszo (ok. 2 godziny marszu), ale samochody mieliśmy w programie. Niemniej od polanki, na której parkowały, było jeszcze do przejścia jakieś 200 metrów.
Spod kościoła wypatrywaliśmy szczytu Kazbek (5033 m n.p.m.), który miał się wyłonić zza chmur, ale nie dostąpiliśmy tego zaszczytu. Można było jedynie popatrzeć na pobliskie górskie ścieżki. Prowadzi tamtędy najdogodniejsza droga na ten szczyt. Mogą na niego wejść zaawansowani turyści, ale potrzeba  na to dużo czasu i odpowiedniej pogody. Trzeba też przejść przez lodowiec.
Zarówno bryła jak i wyposażenie kościółka są typowe, wewnątrz są obrazy i ikony. Nazywanie go klasztorem jest nieco na wyrost, ze względu na małe rozmiary (ok. 10 m długości wewnątrz- zmierzone, oraz podobna szerokość, choć znaczna wysokość). Atrakcją jest głównie położenie obiektu.
Po zjeździe do szosy część grupy udała się na dodatkowo opłacaną wycieczkę do wodospadu odległego o 8 km. Następnie wyjechaliśmy w drogę powrotną. Po drodze obserwujemy ciekawe polewy krasowe barwy białej i kremowej. Wygląda to jak zwały śniegu lub kipiące mleko. Mechanizm powstawania jest taki sam jak stalaktytów i stalagmitów. Pierwszym przystankiem była Przełęcz Krzyżowa z kamiennym krzyżem i domem mieszkalnym (ok. 2400 m n.p.m; są tam punkty o rożnej wysokości).
Niebawem zatrzymujemy się znów, tym razem przy pomniku przyjaźni rosyjsko-gruzińskiej (2280 m n.p.m.) położonym na jednym z tamtejszych wzgórz, ze wspaniałymi widokami we wszystkich kierunkach, a szczególnie na głęboką dolinę z rzeką i sztucznym stawem. Sam pomnik ma postać sporej panoramy wspartej na arkadach i dekorowanej mozaiką od wewnątrz. Przyjaźni już wprawdzie nie ma, przynajmniej pomiędzy rządami, ale pomnik stoi i czeka, wszak historia toczy się po spirali.
Po 80-90 km od Kazbegi dojechaliśmy do twierdzy Ananuri, z przełomu XVI i XVII wieku. Jest to dobrze ufortyfikowany obiekt, z wysokim murem, duża basztą kwadratową i druga- okrągłą oraz licznymi wieżami bądź to kościelnymi bądź mającymi charakter bastionów. Pomimo to sprawia wrażenie budowli ciężkiej. Do zwiedzania nadaje się tylko cerkiew; mury i fortyfikacje można oglądać jedynie z wierzchu, nie ma wystaw. Wyposażenie wewnętrzne świątyni jest skromne i standardowe. Przed murami twierdzy  znajduje się spory bazar. Z drugiej strony zaczyna się olbrzymi zbiornik wodny Zhinvali [żinwali], zbudowany w latach 70. /80. na rzece Aragwi. Ma kształt spłaszczonej litey "v", w której centrum znajduje się elektrownia wodna. Jest też zbiornikiem wody pitnej dla Tbilisi (40-60 km) oraz służy celom rekreacyjnym. Jechaliśmy wzdłuż niego jakieś 10 km, po jednym z ramion wspomnianej litery. Kolacja tego dnia także była urozmaicona śpiewami i występami.

  


Dzień czwarty 28.08.2018

Następnego  wyjechaliśmy na wschód, w kierunku Kachetii, najważniejszej prowincji gruzińskiej. Pierwszy przystanek był jednak jeszcze w mieście. Jechaliśmy ulicą Lecha Kaczyńskiego i zatrzymaliśmy się przy pomniku Lecha Kaczyńskiego stojącym nieopodal na skwerze. Przedstawia on głowę prezydenta na niskiej kolumnie.
W miarę zbliżania się do Kachetii  krajobraz zmienia się na bardziej nizinny, przy drodze pojawia się coraz więcej drzew. Klimat jest tam podobno cieplejszy niż w stolicy. Gruzja nie jest krajem jednolitym narodowościowo i - jak się wydaje - mieszkańcy bardziej utożsamiają się z małymi ojczyznami niż z państwem. Występują waśnie narodowościowe o różnym nasileniu. Rozpowszechniony jest język rosyjski, jako uniwersalny w tym rejonie. Sam zaś gruziński zalicza się do izolowanych, nie należy do żadnej grupy językowej. Litery przypominają arabskie, a słów nie udaje się przetłumaczyć na zasadzie analogi ze słowami z innych języków.
Przebywszy ok. 110 km, zatrzymaliśmy się przy klasztorze żeńskim Bodbe (obecnie 30 mniszek), znanym miejscu pielgrzymkowym. Główną budowlą  jest tu kościół św. Jerzego, choć stojąca obok dzwonnica jest od niego wyraźnie wyższa. Nieco dalej jest budowany od podstaw kościół św. Nino, z odtworzeniem dawnego stylu. Budynek już stoi, trwa wykańczanie wnętrza. Jest tam też taras z widokami na okolice leżące niżej. Wewnątrz obecnego kościoła znajduje się grób św. Nino, co zapewne przesądza o znaczeniu tego miejsca. Całe ściany pokryte są stykającymi się obrazami naściennymi. Zespół klasztorny leży prawie w mieście Sighnaghi, do którego zjechaliśmy w ciągu kilku minut. Marketingowo nazywane jest ono miastem miłości, choć na ten tytuł będzie sobie chyba dopiero musiało jakoś zapracować. Pierwszy krok został już zrobiony, jest to udzielanie ślubów przez 24h. Jednakowoż warto zauważyć, że miłość to niekoniecznie ślub, a ślub to niekoniecznie miłość. Leży na nieco mniejszym niż klasztor wzgórzu i jest raczej podłużne. Przeszedłszy przez ulice i park, znaleźliśmy się w punkcie widokowym, z którego mogliśmy zobaczyć szeroką dolinę, ale także mur obronny wokół miasta (cały ma 2,5 km), z wieżami sygnalizacyjnymi, dość podobny do muru chińskiego.
Kachetia to także kraina wina, więc należało przyjrzeć się i tym sprawom. Jakieś 15 km dalej leży winiarskie zagłębie, miejscowość Velistsikhe [weliscyche]. Mieliśmy tam zamówiony w jednym z gospodarstw obiad wraz z degustacją wina i czaczy (winiak). Można  było też zobaczyć pewne fragmenty procesu produkcji wina, przede wszystkim wymurowane w ziemi kadzie fermentacyjne. Co ciekawe, gotowy napój wybiera się z nich czerpakami.  Po wyjściu stamtąd powróciliśmy do hotelu w Tbilisi.
A po kolacji nasz pilot (Andrzej Jagiełło) zaprosił wszystkich chętnych na wieczorny spacer po mieście.  Do centrum było ok. 6 km, pojechaliśmy więc taksówkami. Na zamówionych kilka, przyjechała tylko jedna, co było okazją do przekonania się jak łatwo jest w Tbilisi złapać taksówkę. Z bocznej ulicy przy hotelu wyszliśmy na skrzyżowanie z większą ulicą i nie rzadziej niż co  minutę można było wsiadać do kolejnej. Jest ich w mieście dużo, są zasilane gazem, więc koszt paliwa jest niewielki.
Z gazem jest w ogóle ciekawa układanka. Skonfliktowana z Rosją Gruzja  bierze go z Azerbejdżanu, zaś skłócona z Azerbejdżanem sąsiadka - Armenia bierze z Rosji, za to przez terytorium Gruzji.
Wysiedliśmy przy olbrzymim rowerze i skierowaliśmy się na główną, reprezentacyjną ulicę, noszącą imię Szoty Rustawelego. Był to  czołowy gruziński poeta, żyjący na przełomie XII i XIII wieku, w czasach świetności państwa. Był także wysokim urzędnikiem na dworze królowej Tamary, a ponadto nieszczęśliwie się w niej zakochał. Najbardziej  znany jego poemat, "Rycerz w tygrysiej skórze", jest obowiązkową lekturą szkolną. Postawiono też, przy nadrzecznym bulwarze, ładny pomnik o tej samej nazwie.  Pomniki samego Szoty widać także w innych miejscowościach.
Wróćmy jednak do ulicy. Jednym z licznych budynków jest tam imponujący, monumentalny gmach parlamentu, który obecnie stoi pusty, gdyż w ramach integracji poszczególnych prowincji Saakaszwili przeniósł parlament do Kutaisi. (W Tbilisi znajduje się siedziba prezydenta, zaś w Batumi - sądu konstytucyjnego). Z ulicy tej weszliśmy na rynek, a następnie zapuściliśmy się w boczne, zdecydowanie mniej reprezentacyjne uliczki, po czym wyszliśmy w rejonie Mostu Pokoju, gdzie znajdują się ładnie odrestaurowane dawne budynki. Mieliśmy też okazję zobaczyć pokaz podświetlonych fontann.

  


Dzień piaty 29.08.2018

Piątego dnia naszych wędrówek odwiedziliśmy najpierw dwie świątynie położone blisko Tbilisi (ok. 20 km na północ).
 Pierwsza to  klasztor Jvari [dżwari] leżący na wzgórzu nad dawną stolicą Gruzji – Mcchetą, z początku VII wieku. Świątynia jest  zbudowana nietypowo, na planie krzyża równoramiennego, w wyniku czego ma wygląd bardzo zwarty. Wewnątrz jest mała i skromna; na jej środku stoi duży drewniany krzyż (słowo "dżwari" znaczy właśnie "krzyż"). Wokół niej zachowały się resztki murów. Roztacza się stamtąd widok na leżącą w dole Mcchetę, widać też rzekę Aragwi (tę, która biegnie wzdłuż drogi wojennej) wpadającą do głównej rzeki Mtkwari.
Po chwili zjechaliśmy do samej Mtskhety [mcchety], gdzie znajduje się w szczególności duża katedra Sweti Cchoweli, zbudowana po roku 1000, z otaczającym XVIII-wiecznym murem obronnym. Miasto było świadkiem wielu ważnych wydarzeń, w szczególności wzmiankowanego już chrztu z IV wieku.  Bryła składa się ze schodkowo połączonych segmentów o typowych dla Gruzji kształtach. Jak na stołeczną katedrę przystało, ściany zewnętrzne ozdobiono łukami, niszami i nielicznymi płaskorzeźbami. Obszerne wnętrze, poprzedzielane filarami,  jest umiarkowanie zdobione freskami, obrazami i płytami na posadzce. Sponad ołtarza spogląda na obecnych pokaźne malowidło przedstawiające Chrystusa. Widać też wewnętrzną kaplicę, dostępną z czterech stron (ale bez wejścia), pod którą -wedle legendy- znajduje się szata Chrystusa. Bardzo urozmaicony jest sam mur, z licznymi wieżami i pomieszczeniami mieszkalnymi.
Po opuszczeniu katedry dostaliśmy trochę czasu wolnego, na zwiedzenie dużego bazaru znajdującego się obok, po czym udaliśmy się w dalszą drogę, w kierunku Gori (zachodnim).
Po drodze widzimy bordowe dachy domków dla uchodźców. Nie są to jednak tacy uchodźcy, o których moglibyśmy w pierwszej chwili pomyśleć, lecz Gruzini, którzy uciekli z Osetii Płd. w wyniku wojny z 2008 roku. Takie nacje jak Osetyjczycy i Abchazowie, od dawna nie lubili Gruzinów, zresztą ze wzajemnością; animozje trwają co najmniej od czasów carskich. Byli oni też (szczególnie Osetyjczycy) silnie związani z Rosją. W  czasach ZSRR wchodzili w skład Gruzji,  jako republiki autonomiczne. Gdy nadarzały się okazje, próbowały ogłaszać niepodległość. W efekcie dochodziło do wojen wewnętrznych. W ostatnim okresie wojna taka miała miejsce w latach 1991/92 i zakończyła się porozumieniem pokojowym oraz ustanowieniem sił pokojowych rosyjsko-osetyjsko-gruzinskich. Oba narody nadal wchodziły w skład Gruzji, jako republiki autonomiczne.
Po dojściu do władzy prezydenta Saakaszwilego zaczęły się niepokoje i incydenty, a od początku roku 2008 liczne przepychanki słowne, groźby i narastanie incydentów. W sierpniu wojska gruzińskie atakiem rakietowym na osetyjską stolicę (Cchinwali) rozpoczęły operację pod kryptonimem "Czyste pole". Opór miejscowych był zbyt słaby i w krótkim czasie większa część republiki została zajęta. Wtedy na odciecz ruszyła armia rosyjska (wraz z oddziałami Osetyjczyków i Abchazów), która wyparła Gruzinów i weszła na ich główne terytorium, konfiskując składy broni, szczególnie ciężkiej. Potem zaczęła się stopniowo wycofywać. W tym czasie prezydent Sarkozy negocjował w Moskwie porozumienie pokojowe, a Osetia Południowa i Abchazja ogłosiły niepodległość (trochę działań wojennych toczyło się też w Abchazji). W zasadzie niedoścignionym marzeniem południowych Osetyjczyków jest przyłączenie się do Rosji i połączenie z wchodzącą w jej skład Osetią Północną. Kraj ten leży częściowo na podgórzu, a częściowo w górach. Aktualna granica przebiega niedaleko od szosy, którą jechaliśmy; miejscami widać wioski osetyjskie oraz rosyjską bazę wojskową. Reszta jest za górami.

Po ok. 80 kilometrach osiągnęliśmy Gori, ale odbiliśmy nieco od szosy, aby zwiedzić znajdujące się o 8 km dalej skalne miasto Upliscyche. Zostało ono wykute w skałach (piaskowiec) na zboczu, nad znaną nam już rzeka Mtkwari,  przez niewolników, od V w. p.n.e.  Będąc centrum także religijnym, po przyjęciu nowej religii – chrześcijaństwa, zaczęło tracić na znaczeniu. Do obecnych czasów przetrwała tylko część. Wśród pozostałości można obejrzeć płytkie pomieszczenia z otworami drzwiowymi i okiennymi, na ogół już nieregularnymi. Zachowały się nieliczne zdobienia, w tym na sufitach. Jednakże większości dachów już nie ma, a otwory wejściowe są duże jak wejścia do jaskiń. Zachowało się trochę precyzyjnie wykonanych łuków. Niektórym pozostałościom nadane nazwy, np. apteka, bazylika trójnawowa, gdyż takie funkcje pełniły w przeszłości.
W najwyższym punkcie zespołu, nad jednym z "domów", w XIII wieku zbudowano kościół (cerkiew), zupełnie nie pasujący do otoczenia i psujący harmonię. Z kompleksu wyszliśmy tunelem, pełniącym niegdyś funkcje zaopatrzeniowe i ewakuacyjne.

Następnie wróciliśmy do Gori, aby zwiedzić muzeum Stalina. Trzeba przypomnieć, że tam się urodził i mieszkał przez pierwsze 4 lata życia, potem rodzina przeniosła się do Tbilisi. Muzeum składa się z trzech części: budynku muzealnego, wagonu oraz domu. W naszym programie nie był przewidywany wstęp do żadnego z nich, oglądaliśmy je tylko z zewnątrz. Muzeum to jest najdroższe w Gruzji, wstęp kosztuje 35 lari. Budynek, z lat 30., zaliczono do stylu socrealistycznego, choć w istocie przypomina klasycystyczny. W każdym razie jest jednopiętrowy, z płaskim dachem i kwadratową wieżą. Po dwóch stronach prawie na całej długości ciągną się kolumnady, tworząc podcienie. Okna są prostokątne, z ozdobnymi półkolistymi łukami u góry. Naprzeciwko budynku stoi pomnik wodza- cała postać barwy jasnej, w luźnej pozie.
Obok głównego budynku stoi wspomniany drewniany dom parterowy, w którym rodzina Dżugaszwilich (rodziców Stalina) wynajmowała dolną część. Jest on przykryty ozdobna wiatą, chroniącą od opadów, ale dostępny z każdej strony.
Wagon, koloru zielonego, którym Stalin podróżował, m.in. na konferencje pokojowe, na zewnątrz niczym szczególnym się nie wyróżnia, ale wnętrze jest podobno najciekawsze w całym zespole.

Opuściliśmy  Gori i skierowaliśmy się na południowy zachód. Droga do naszego celu przebiegała nieco okrężnie, z małym przystankiem w Akhaltsikhe [achalciche]. Później staje się coraz bardziej kręta, zaczynają się góry, z widokami podobnymi do drogi wojennej. Po 60 km dojechaliśmy do Vardzi [wardżi], do końca szosy, gdzie w gospodarstwie  agroturystycznym mieliśmy nocleg (ok. 1300 m n.p.m.). Jest ono położone tuż na rzeką Mtkwari, płynącą z Turcji, tutaj dość szeroką i o bystrym nurcie. Dookoła widać góry. Przez część z nich przebiega granica z Turcją. W samym gospodarstwie widzimy uprawy winorośli, pomidorów w wielkim tunelu foliowym, warzyw, oraz ule. Są kolektory słoneczne. Warto nadmienić, że w wielu rejonach stosuje się po prostu pojemniki plastikowe z płaskim dnem, stawiane na dachach, co w tamtejszych warunkach wystarcza do uzyskania ciepłej wody. Tak było na przekład w hotelu w Kutaisi.

  


Dzień szósty 30.08.2018

Po noclegu pojechaliśmy zwiedzić kolejne skalne miasto, znacznie jednak młodsze od Upliscyche, bo z XII/XIII w. Wygląda też inaczej, wykuto go w pionowym zboczu skalnym (tuf wulkaniczny), tak więc obrazowo można powiedzieć, że jest ono jak wieżowiec (było 13 pięter), podczas gdy Upliscyche- jak osiedle domków jednorodzinnych. Służyło też raczej jako schronienie przed najazdami (nie było widoczne z zewnątrz, choć teraz jest) i do ceremonii, a nie do stałego zamieszkania. Później zostało poważnie zniszczone przez trzęsienie ziemi. Od parkingu trzeba było się wspiąć spory kawałek, aby znaleźć się w pomieszczeniach, z których większość jest otwarta od strony drogi. Stan obiektu nie jest wiele lepszy od poprzedniego, idzie się ogrodzoną ścieżką, przechodząc kolejno przez niektóre pomieszczenia lub tylko do nich zaglądając. Tylko niewielka część jest udostępniona do zwiedzania, ale to wystarczy, gdyż po tak wielu latach wszystko jest do siebie podobne. Jest też trochę wyblakłych fresków oraz źródełko tworzące się w wyniku  przesiąkania wody przez skały. Na dół schodzi się także tunelem.

Po wyjeździe kolejny przystanek był przy wiszącym (i kołyszącym się) moście (1140 m n.p.m.), podobnym do tego jaki był kiedyś na zalewie w naszym Zagórzu Śląskim. Widać też stamtąd pobliską, dużą, lecz nieczynną twierdzę  Khertvisi [chertwisi], z II w p.n.e.(potem modyfikowaną).
Następnie zatrzymaliśmy się znów w Akhaltsikhe, głównie na podstawowe zakupy. Przy okazji obfotografowaliśmy twierdzę ze złotą kopułą, z XII w.
Ostatnim tego dnia celem było Bordżomi, kurort powstały z początkiem XIX w. na bazie wody mineralnej o własnościach prozdrowotnych. Ciekawe, że skład wody podawany na butelce nie wskazuje na nic niezwykłego, a woda kupiona w sklepie ma zapach chlorowcowy, należałoby się więc spodziewać, że zawiera bromki lub jodki. Jest  wiele odwiertów, które podają wodę o różnym składzie. Można ją kupić także w Polsce, ale jest droga. Główną aleją doszliśmy do parku, skosztowaliśmy tam tejże wody podawanej przez obsługę, ale tam z kolei smak był metaliczny (od rur, jak to zwykle bywa) i zupełnie inny niż butelkowanej, łagodniejszy.
Z parku można się dostać na leżące na wprost wzgórze, kolejką linową albo pieszym szlakiem. Sprawdziliśmy jedno i drugie, problem tylko, że na górze nie ma nic ciekawego, oczywiście oprócz atrakcyjnych widoków na dół. Idąc natomiast alejkami w głąb parku, dochodzi się do miejsca, skąd widać pomnik Prometeusza oraz wodospady spływające z dużej wysokości ze zbocza.
Po około 3 godzinach jazdy dotarliśmy do Kutaisi, gdzie był kolejny nocleg.

  


Dzień siódmy i ósmy (31.08 -01.09.2018)

I nastał potem dzień przedostatni, kiedy to wyruszyliśmy na południowy zachód, w kierunku Batumi. Ruch na tej trasie był większy niż na innych. Gdyby kształt mapy Gruzji porównać z żółwiem, to jego wyciągniętą szyją byłaby Abchazja, w grzbiet wcinałaby się Osetia (obie nie kontrolowane przez Gruzję), zaś w dolnej części piersi leżałoby Batumi.
Jadąc, można było oglądać typowe gruzińskie domy jednorodzinne, na ogół jednopiętrowe ale dwukondygnacyjne, gdyż na niskim parterze zwykle znajdują się podcienie, a za nimi dopiero pomieszczenia mieszkalne. Oczywiście nie wszystkie są jednakowe. Dachy są 4-spadowe, dość płaskie.
Po pewnym czasie droga zbliża się do morza (Czarnego). Mijamy miejscowość Ureki, z magnetycznym piaskiem, który zepsuł już niejeden telefon.
W czasie krachu gospodarczego upadły też plantacje herbaty w okolicach Batumi i wydawało się, że pozostaną tylko w znanej piosence, ale okazuje się, że powoli są odtwarzane. Jest tam bardzo sprzyjający im klimat, wilgotno i duża ilość opadów. Po pewnym czasie zaczynają się wyłaniać nowoczesne wieżowce zbudowane w Batumi nad zatoką. Dojechawszy do miasta (ok. 140 km), zaczęliśmy je zwiedzać. Jest duże, trzecie co do wielkości w Gruzji. Przeszliśmy przez centrum, gdzie dominują nowe lub odnowione budynki i palmy na ulicach, po czym skierowaliśmy się deptakiem w kierunku plaży. Nie jest ona zbyt przyjazna, gdyż jest kamienista, ale woda jest ciepła i głęboka (od głębokości pochodzi nazwa miasta). Niestety tylko nieznaczna część naszej grupy pływała, choć warunki były znakomite: ciepło i lekko pochmurnie, małe fale, biała flaga i brak ratownika. Dla usprawiedliwienia można dodać, że mało było też pływających przedstawicieli innych nacji, taki znak czasu. W ogóle tego dnia było bardzo mało ludzi nad morzem, na plaży i na promenadzie, chyba był to efekt zmiany turnusów. W ramach czasu wolnego pospacerowaliśmy też trochę po pięknym bulwarze (jakieś 6 równoległych nitek) i skierowaliśmy się na miejsce zbiórki. Po drodze jeszcze natknęliśmy się na ciekawą, nowoczesną, ruchomą rzeźbę "Ali i Nino", inspirowaną powieścią o miłości Azera i Gruzinki, osób o różnych wyznaniach. Postacie są wykonane ażurowo, z poziomych płytek i okresowo zbliżają się do siebie, potem się przenikają, po czym znów się oddalają.

W czasie całej wycieczki naszym przewodnikiem był Vako, młody Gruzin, który studiował w Kutaisi oraz u nas, dobrze znający język polski.

Spróbujmy teraz krótko podsumować wycieczkę (kolejne dni):
1. Przylot, zwiedzanie Kutaisi i okolic (jaskinia, klasztory).
2. Na wschód- do Tbilisi, zwiedzanie miasta.
3. Na północ, drogą wojenną. Kazbegi i cerkiew w górach; twierdza i inne w drodze powrotnej.
4. Na wschód - do Katechii; klasztor, miasto miłości, degustacja wina, wieczorne Tbilisi.
5. Na północ: katedra w Mcchecie; na zachód: skalne miasto, muzeum Stalina (Gori), na południe: Vardżia.
6. Drugie skalne miasto, na północ- do Bordżomi, na zachód- do Kutaisi.
7. Na zachód, potem na południe: Batumi, powrót do Kutaisi.
8. Wyjazd na lotnisko, powrót do kraju.

Doszliśmy do spisu treści, zatem... da capo al fine.

Janusz Mirek

 

Powrót do Wydarzenia 2018 II półrocze