Blue Flower

 

Kolejnego dnia, w niedzielę dokonaliśmy objazdu miasta, co chyba trochę poprawiło nam wrażenia estetyczne. Po kilkunastu zaś minutach jazdy dotarliśmy do Muzeum Wsi Radomskiej. Jest to w gruncie rzeczy skansen, zajmujący spory obszar, podobny do innych skansenów, których w Polsce jest sporo. Warto jednak zauważyć regionalne różnice.
Mamy tu chaty i inne obiekty,  zwykle z XVIII i XIX wieku. Część jest zgromadzona tematycznie, np. wiatraki w jednym miejscu, część sakralna w innym. W założeniu nie chodziło raczej o zaprezentowanie konkretnych zagród, ale o pokazanie ich najbardziej charakterystycznych części składowych. Z ciekawszych obiektów warto wymienić olejarnię (wyciskanie oleju), kuźnię, chatę biedniaczą z jedną tylko izdebką czy suszarnię tytoniu. Ta ostatnia to niewielki ceglany, szczupły budyneczek z rurą w postaci pojedynczej poziomej pętli przez która przepływały gazy spalinowe z umieszczonego w dolnej części pieca. Tytoń przypuszczalnie umieszczano na stryszku, dokąd unosiło się ciepło z rury. W dalszej części widzimy drewniany kościół św. Teresy z pol. XVIII w.,  6-kątny kurnik z gołębnikiem na szczycie oraz wiatraki koźlaki, które można było obracać jako całość w celu odpowiedniego ustawienia do wiatru. Oprócz chat chłopskich są też dwory. Jeszcze dalej mamy maszyny, głównie ciągniki,  typu "sam",  czyli zrobione samodzielnie przez rolników.
Na koniec oglądamy część pszczelarską, w której ule i rzeźby ustawiono w szklanych gablotach.
Po powrocie do Radomia przechodzimy przez pozostałości Bramy Krakowskiej i wchodzimy na rynek aby zwiedzić wystawę prac  J. Malczewskiego w muzeum.
W dużym, klasycystycznym  budynku wcześniej mieściła się szkoła prowadzona przesz zakon pijarów. Po muzeum oprowadzał nas przewodnik, który opowiedział życiorys artysty oraz omówił zaprezentowane w salach obrazy. Malczewski był symbolistą i fantastą, często malował sceny nierealistyczne, także z hybrydami, sporo autoportretów (często w przebraniach), ponadto  umieszczał na płótnie siebie wraz z innymi osobami. Niemniej były tam też obrazy w pełni realistyczne i dalekie od jego łatwo rozpoznawalnego stylu.
Malował nagie kobiety, zwykle "korpulentne" (lecz nie otyłe lecz tzw. grubej kości)  ale podobno także nagich mężczyzn. Swe muzy często umieszczał na obrazach, były to jednak rzeczywiste kobiety. Najważniejszą z nich była Maria Balowa, w której był z wzajemnością zakochany. Według przewodnika był to "luźny związek"(obydwoje byli w związkach małżeńskich). Możemy ją zobaczyć choćby na znanym obrazie "Zatruta studnia - Chimera " a scena ta być może była symbolem ich związku. Wątek zatrutej studni powraca w jego malarstwie wielokrotnie, istnieje aż 6 obrazów o tym tytule, choć rzadko studnia jest widoczna, występuje za to beczka. Co jeszcze ciekawsze, był tercjarzem, ukrytym zakonnikiem. Dla porządku należy przypomnieć wątki patriotyczne w malarstwie Malczewskiego, zresztą mocno eksploatowane na wystawach. Nie chciał jednak iść drogą swego mistrza, Jana Matejki i odszedł tu od dosłowności na rzecz symboliki.
Malował też jego syn, Rafał. Tematykę przewodnik nazwał socrealizmem międzywojennym, ale była to raczej fascynacja rozwojem przemysłu i techniki. Stąd na obrazach znajdziemy fabryki czy szybki pociąg zwany luxtorpedą. Obrazy jego i innych malarzy epoki znajdują się w długim korytarzu, za salami z pracami Jacka Malczewskiego. Muzeum posiada także inne działy, np. przyrodniczy, ale tego nie mieliśmy w planie zwiedzania.

Po zakończeniu zwiedzania pojechaliśmy do Szydłowca (30 minut).
Najpierw zwiedziliśmy tam Muzeum Ludowych Instrumentów Muzycznych mieszczące się w niegdysiejszym zamku, magnackiej rezydencji. Leży on na sztucznej wyspie. Początkowo zbudowany jako gotycki, potem przebudowany na renesansowy a po współczesnym odnowieniu mamy  eklektyczny styl zamkowy.
Eksponaty są pogrupowane w systemie jaki uznano za optymalny. Najpierw mamy instrumenty z kapel: żywieckiej, śląskiej, podhalańskiej i wielkopolskich. Najczęściej są to skrzypce i dudy,nieraz klarnety. Potem są instrumenty pogrupowane według źródła dźwięku, a więc membranowe: różnego rodzaju bębny.
Z ciekawszych można wymienić  burczybas, zrobiony z beczki z przeciągniętym współśrodkowo końskim włosiem. Instrumenty ludowe zwykle były wykonywane na wsiach samodzielnie przez ludzi, do czego wykorzystywano dostępne materiały. Potem mamy różnego rodzaju harmonie i akordeony zaliczane do aerofonów czyli powietrznych. Dalej mamy chordofony, czyli strunowe, głownie skrzypce, lutnie, gitary itp.
Wśród dętych najczęstsze ludowe to dudy. Wśród sygnalizacyjnych mamy olbrzymie trombity i rogi pasterskie. Są też idiofony, instrumenty samobrzmiące, np. grzechotki, terkotki i dzwonki.
Potem mamy salę staropolską, w której można zobaczyć m.in. pozytywki płytowe i wałkowe. W sali lutniczej widzimy lutnie - wykonywane fabrycznie i skrzypce - ludowe, wykonywane indywidualnie. Podobno dawniej można było samodzielnie wypróbować niektóre instrumenty. Obecnie jest to zawieszone z powodu covida i przypadło w udziale tylko przewodnikowi.
Z muzeum pojechaliśmy na rynek, tam weszliśmy na wieżę ratusza, skąd widać panoramę miasta. Właściwie widoki są mocno ograniczone przez zieleń. Na koniec obejrzeliśmy pobliski gotycki kościół św. Zygmunta Króla, zbudowany na przełomie XV i XVI w.  z szydłowieckich piaskowców. Wcześniej stał tam kościół drewniany. Za wyróżniające się cechy uważa się modrzewiowy strop w nawie głównej i sklepienie gwiaździste w prezbiterium.

Zwiedzony teren nie należy do popularnych miejsc turystycznych, ale warto zobaczyć też takie miejsca żyjące własnym trybem.

Janusz Mirek

_______________________

Powrót do Wydarzenia 2020

W galerii wykorzystano zdjęcia Lidii Szpalek i Zofii Mirek.