Blue Flower

 Goralenvolk-historia zdrady

  "Czasem, żeby odnaleźć prawdę trzeba poruszyć góry" (Dan Brown). Siódmego listopada 1939 roku czarny odkryty mercedes sunie ulicami Krakowa, udekorowanymi flagami ze swastykami. Limuzyną podróżuje Hans Frank, wyznaczony przez Hitlera na generalnego gubernatora części okupowanych ziem polskich. Kieruje się na Wawel - na ponad cztery lata dawna siedziba polskich królów stanie się kwaterą główną tego hitlerowskiego zbrodniarza. Na zamku witają go niemieccy oficerowie i urzędnicy, ale uwagę Franka zwraca delegacja podhalańskich górali. Delegacja wyróżnia się wielobarwnymi strojami. Mężczyźni założyli haftowane cuchy, w rękach trzymają kapelusze z muszelkami i ciupagi. Kobiety ubrały wielobarwne gorsety i spódnice z tybetu. Pięcioosobowej grupie przewodniczy Wacław Krzeptowski przedstawiciel znanego góralskiego rodu.

 Pan profesor Romuald Wojciechowski odwiedził nas w DOK 20 lutego  2020 r. żeby opowiedzieć nam jak to się stało że, Polacy powszechnie okrzyknięci jako nieugięci patrioci dopuścili się takiej zdrady. Czy górale to nie Polacy?  Łatwość werbunku górali było motywowane teoriami rasowymi, wedle których ludność góralska pochodziła od Gotów, ponieważ jedno z plemion miało zapuścić się w teren Podhala. Niebieskie oczy jasne włosy, hardość charakteru, była argumentem dla niemieckich okupantów do wyodrębnienia tej części Polaków jako bardzo łatwych do kolaboracji. Styl ubierania i budowania swoich domów zaśpiewny sposób mówienia sugerował też styl tyrolski który był bardzo bliski rasie nordyckiej a więc Niemcom.

  Niemcy stworzyli trzy rodzaje Volklisty czyli przynależności do okupanta. Pierwsza kategoria to osoby narodowości niemieckiej, które w przedwojennej Polsce używały na co dzień języka  niemieckiego i pielęgnowały niemieckie tradycje. Druga kategoria  to osoby które również kultywowały tradycję niemiecką przyznawały się do niemieckiego pochodzenia ale nie brały udziału w życiu politycznym. Trzecia kategoria to tak zwani Volkdeutsche. Obywatelstwo niemieckie przysługiwało im na okres mniej więcej dziesięciu lat. Ten okres miał posłużyć do tego aby osoby te związały się z Trzecią Rzeszą. Do tej kategorii zaliczona została ludność pomorza, Ślązacy, Kaszubi, Mazurzy oraz część mieszkańców Warmii. Górale z Podhala również podpisali tą listę, liczba ich była szacowana na około trzydzieści tysięcy.  Należy tu powiedzieć, że większa część ludności z tych terenów nie podpisała Volkslisty, narażając się na różnego rodzaju szykany, łącznie z zesłaniem do obozu pracy lub obozu koncentracyjnego.
   Dlaczego jednak znalazła się taka grupa górali, którzy z własnej woli w celu przypieczętowania zawartego nieco wcześniej sojuszu góralsko-niemieckiego pojawili się aby witać Hansa Franka. To przewodniczący grupie zwany "księciem górali" stylizujący się nawet na Hitlera Wacław Krzeptowski wręcza w prezencie Frankowi złotą ciupagę. W roku 1942 staje na czele Komitetu Góralskiego namiastki autonomicznego samorządu. U gubernatora Franka zabiega o stworzenie samodzielnego państwa góralskiego. W jego przekonaniu wiele więcej naród góralski łączyło z Niemcami niż z Polakami, dlatego wybrał ideę Goralenvolku rzekomego narodu góralskiego. Na ten podział polskiego społeczeństwa liczył też okupant i miało to być podwaliną do stworzenia kraju góralskiego Goralenlandu. W połowie roku 1940 przeprowadzono spis ludności. "Narodowość góralską" zadeklarowało około 30% podhalańczyków. Najwięcej w dużych miastach. Wielu z nich liczyło na lepsze życie, większe przydziały żywności a Krzeptowski oczywiście na władzę.  
   Ostatecznym sprawdzianem skutecznej niemieckiej polityki wobec górali miała być akcja wydawania kenkart rozpoznawczych koloru niebieskiego z literą "G" w prawym górnym rogu. Przeprowadzona częściowo przy użyciu gróźb szantaży i wymuszeń akcja przyniosła bardzo słabe rezultaty.  Mając do wyboru kartę góralską i polską, tę pierwszą przyjęło ok 17 % mieszkańców Podhala. Wyniki ponad trzyletniej agitacji niemieckiej przedstawiały się tak skromnie, że sami okupanci przestali wierzyć w jej sukces. Dla podkreślenia wsparcia jak również jako sposób agitacji posłużyło wydanie znaczka pocztowego z parą górali oraz banknotu pięćsetzłotowego z podobizną górala tak zwanego "góral" wydanego przez Bank Emisyjny w Polsce. Stąd słowa przyśpiewki "siekiera, motyka, piłka gwóźdź, dam górala i mnie puść".
  Nie udał się również werbunek  ochotników do legionu góralskiego Waffen SS, który zorganizowano w hotelu "Morskie Oko" w Zakopanem. Duża część ochotników ze względów zdrowotnych nie nadawała się do służby. Tych którzy pozostali, w stanie nietrzeźwym wsadzono do pociągu aby przewieź ich do obozu szkoleniowego w Trawnikach w woj. lubelskim. Po wytrzeźwieniu z pociągu wyskoczyli w okolicach Makowa Podhalańskiego. Później musieli się ukrywać, zaś tych których złapano wysłano na przymusowe roboty do Rzeszy. Do Trawnik dowieziono 12 osób.
  Rosła też siła zorganizowanego oporu na Podhalu. Jedna z jego organizacji "Konfederacja Tatrzańska",  z którą związany był Józef Kuraś znany jako "Ogień" postawiła sobie za główny cel: zdławić Goralenvolk i zmazać hańbę Podhalan. "Ojczyznę kocha się nie dla tego, że  wielka ale dlatego, że własna" (Seneka Młodszy). Wacław Krzeptowski, na którym ciążył wydany przez polskie podziemie wyrok śmierci zbiegł jesienią 1944 r. Długo się ukrywał aż wreszcie został złapany. Niechlubny "książę góralski" 20 stycznia 1945r, zawisł na świerku. Wprawdzie prosił "kulę mi dajcie panie poruczniku" ale w odpowiedzi usłyszał "kula to śmierć honorowa, zdrajcy na śmierć honorową nie zasługują". Wyrokiem sądowym winą za akcję Goralenvolku obciążono działaczy Komitetu Góralskiego: Henryka Szatkowskiego, agenta Witalisa Wiedera i Józefa Cukiera. Henryk Szatkowski podobnie jak Witalis Wieder skazany na karę śmierci, nigdy - mimo uporczywych poszukiwań nie został odnaleziony i ślad po nich zaginął. Więcej na ten smutny fragment naszej historii możemy dowiedzieć się z książki którą napisał wnuk Szatkowskiego Wojciech pt. "Goralenvolk - Historia Zdrady"

 Agnieszka Osiecka polska poetka, autorka tekstów, pisarka i dziennikarka napisała: "(...) Nie, nie żałuję. Przeciwnie bardzo Ci dziękuję, mój kraju, za jakiś czwartek, jakiś piątek, jakiś wtorek i za nadziei cały worek".

Irena Kowal

 

Powrót do Wydarzenia 2020